środa, 20 sierpnia 2008

To samo morze…

To tytuł książki, którą ostatnio przeczytałam. Znalazłam ją przypadkiem w taniej książce na Brackiej w Krakowie (nie płacą mi za reklamę, z własnej woli polecam to miejsce).

Dzień był akurat upalny, więc niebieska okładka ze zdjęciem morza wywarła na mnie całkiem pozytywne wrażenie. Autor, Amos Oz, był mi znany tylko ze słyszenia – kilka opisów jego tekstów umieściłam w bibliografii na temat paktu autobiograficznego w literaturze, ale to było dawno i nie(stety)prawda… Mam jeszcze pewien sentyment do jego imienia i czasem szukając czegoś na temat Tori Amos, zdarzało mi się trafiać na Amosa Oza…

Był jeszcze jeden powód, dla którego zdecydowałam się na kupno tej książki, magiczne słowo z okładki proza poetycka. Cóż w nim magicznego? Trudno to wyjaśnić, ale na mnie działa ostatnio niemal jak afrodyzjak. Kiedyś zachwycała mnie poezja, ale potem jakoś przestałam ją tak głęboko odczuwać – o wiele trudniej się teraz zachwycam. Natomiast proza poetycka nadal mnie elektryzuje i pociąga, dlatego kupiłam To samo morze, chociaż może wcale nie to samo dla mnie i dla autora.

Na początku byłam trochę zagubiona, ale potem pojedyncze strumyki ludzkich historii zaczęły spływać do jednej, aczkolwiek zdradliwej rzeki. Czasem mijała nowoczesne mosty i miała betonowe brzegi, a zaraz potem przepływała przez cytrusowe gaje i górskie doliny, gdzie nikt nie próbował nad nią zapanować. Miała wiele rozwidleń – powstała z wielu i dzieli się na wiele. No tak, miało być o morzu, a piszę o rzece… Ale przecież i tak rzeki wpadają do morza, tutaj nawet do tego samego.

Wracając do tematu, to morze było zawsze blisko, tuż tuż za oknem lizało piaszczyste brzegi. O mieszkaniu w takim miejscu można sobie tylko pomarzyć… Tam właśnie mieszkał prozaiczny księgowy Alber, Dita, Betin, Gigi Ben Gal i inni. A Riko uciekł stamtąd do Tybetu, żeby odnaleźć samego siebie. Czasem z cienia wyłania się duch Nadii, wędrowny kupiec lub narrator, który przyznaje się do bycia sobą.

Autor chciał, żeby w tej książce była muzyka. Czy się mu udało? Z pewnością, ale jednak częściowo, tak. Tekst zwykle płynął jak woda, ale czasem zdarzały się tamy. Obawiam się tylko, że wynikały one raczej z polskiego przekładu. Niestety nie dam rady przeczytać oryginału po hebrajsku.


Więcej...

niedziela, 10 sierpnia 2008

Czarny scenariusz przyszłości

Bibliotekarka

Pomarszczona babcia
w okularach
ze szkłami jak denka
od słoików
siedzi przy biurku

Uśmiecha się ciepło
do wszystkich
zawsze ma przy sobie
robótkę na drutach

Męczy się
przez kilka dni w roku
robiąc szkontrum...

Czy to mnie czeka?

I don’t think so!


Więcej...

sobota, 9 sierpnia 2008

Odcinek IV - Austria

Austria przywitała nas śniadaniem (składającym się z dwóch świeżych bułek, masełka, dżemu i kawy), podanym o 7 rano w pociągu. Jak się później okazało, było to typowe wiedeńskie śniadanie, bo nawet w McDonaldzie sprzedawali takie zestawy śniadaniowe…

Nasze zaspane oczy zobaczyły dworzec w Wiedniu przed 9 rano. Potem było szukanie hotelu, który miał być tuż za Warszawą… Oczywiście doba hotelowa zaczynała się od 14:00, więc tylko zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy dalej na podbój Wiednia.

Pojechaliśmy metrem do centrum i szwendaliśmy się po wąskich uliczkach między zabytkowymi kamieniczkami. Nie mogłam sobie darować, żeby chociaż z zewnątrz nie zobaczyć austriackiej biblioteki narodowej – tak, wiem, że to zboczenie. Widzieliśmy również słynny Stephansdom (Katedra św. Szczepana) i wiedeńską operę. Było strasznie gorąco, a my byliśmy strasznie zmęczeni, więc nie potrafiliśmy cieszyć się w pełni urokami miasta.


Dopiero po kąpieli i popołudniowej drzemce ruszyliśmy na podbój Wiednia z większą przyjemnością. Zwiedziliśmy wesołe miasteczko na Praterze, a potem był Apfelstrudel i Sachertorte na starym mieście oraz wieczorny spacer po Hofburgu.


Cały kolejny dzień spędziliśmy na zwiedzaniu pałacu Schönbrunn. Widzieliśmy tam piękne obrazy, meble i kilbe cesarskiej rodziny. Sporo czasu zajęło nam też obejrzenie cesarskich ogrodów, gdzie, oprócz kolorowych rabatek, znaleźliśmy labirynty i plac zabaw dla dzieci w każdym wieku.


Zostaliśmy również zaproszeni do piekarni przy pałacu na pokaz tradycyjnego wyrabiania Apfelstrudla – oczywiście z poczęstunkiem : ) Musimy kiedyś spróbować go upiec.


Zmęczeni zwiedzaniem poszliśmy na obiad. Chociaż knajpka nie była ekskluzywna, to jedzenie okazało się naprawdę dobre - zamówione przez nas sznycle ledwo mieściły się na talerzach. Potem wzięliśmy plecaki i ruszyliśmy na dworzec. Tam czekała nas miła niespodzianka, bo 2 godziny spędziliśmy w poczekalni pierwszej klasy – telewizor, wygodne fotele, darmowa kawa i zimne napoje : ) Ostatnią atrakcją podróży był przedział sypialny w pociągu Chopin z Wiednia do Warszawy. Wracaliśmy do domu zastanawiając się, kiedy uda nam się powtórzyć tę szaloną wyprawę.


Więcej...

środa, 6 sierpnia 2008

Naprawdę nie dzieje się nic...

Naprawdę nie dzieje się nic

Czy zdanie okrągłe wypowiesz,
czy księgę mądrą napiszesz,
będziesz zawsze mieć w głowie
tę samą pustkę i ciszę.
Słowo to zimny powiew
nagłego wiatru w przestworze;
może orzeźwi cię, ale
donikąd dojść nie pomoże.
Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic - aż do końca.
Czy zdanie okrągłe wypowiesz,
czy księgę mądrą napiszesz,
będziesz zawsze mieć w głowie
tę samą pustkę i ciszę.
Zaufaj tylko warg splotom,
bełkotom niezrozumiałym,
gestom w próżni zawisłym,
niedoskonałym.
Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic - aż do końca.


muzyka Grzegorz Turnau
słowa Michał Zabłocki

A to tak apropos mojej ostatniej podróży do Krakowa. Nie wiedzieć czemu, akurat ta piosenka towarzyszyła mi podczas ostatniej wizyty w tym mieście. Nie był to pobyt smutny, ale oprócz zabawy, pełen zadumy i refleksji nad upływającym czasem i zmiennością naszego żywota... Mam ochotę coś o tym napisać i pewnie się potem moimi myślami z wami podzielę.


Więcej...