wtorek, 27 maja 2008

Powieść fantasy

Na prośbę znajomego zamieszczam fragment jego tekstu i bardzo proszę o opinie :)

Ciężki kształt przetoczył się po dywanie kolorowych, jesiennych liści. Zaszeleściły niczym wzburzony potok. Wiele z nich przywarło do napastnika. Kształt błyskawicznie wyprostował się z wielkim trudem parując, trzymanym w lewej ręce ciężkim młotem bojowym, cios czarnej paskudnie zakrzywionej szabli. Jego prawa dłoń uzbrojona w bliźniaczą broń uderzyła lekkim łukiem i roztrzaskała drewniany puklerz właściciela szabli. Wysoki zielonoskóry wojownik cofnął się o pól kroku wyjąc z bólu. Przeciwnik natarł z furią. Prawy młot precyzyjnie trafił zielonoskórego w krocze. Okrutny ból skrzywił go w pół. Lewy skorzystał z okazji miażdżąc mu czaszkę. Zwycięzca instynktownie przykucnął słysząc nad głową świst kolejnej szabli. W tej samej pozycji wykonał półobrót nadając młotom odpowiedni pęd. Oba trafiły w korpus kolejnego zielonoskórego. Zmiażdżone ciało poszybowało zgodnie z kierunkiem ruchu młotów. Wywołało to wysoki krotki krzyk, tak jakby przedśmiertny tyle, że ten był kobiecy. Właściciel śmiercionośnych młotów miotał przekleństwa.

Rozejrzał się dookoła, a nie widząc kolejnych zielonoskórych zaklął jeszcze szpetniej, przechodząc z postawy bojowej do normalnej. Jego krzaczaste brwi zjeżyły się, podobnie jak imponująca gęsta broda. Swój jadowity wzrok skierował w miejsce gdzie stał ostatni z przeciwników. Pośród kobierca kolorowych liści stała młoda na oko dwudziesto letnia kobieta rozcierając potłuczony nadgarstek.
- Mógłbyś uważać auć- fuknęła- nie zdążyłam wyciągnąć broni z ciała po ciosie. Tak tym orkiem targnęło, że wyrwało mi rapier z ręki, a wiesz jak mama się na mnie gniewa gdy mam siniaki.
Przybrała postawę zranionej kotki mrugając słodko rzęsami.
- Tym razem- powoli cedził słowa- narażę się na gniew wszystkich demonów, moja dusza sczeźnie w piekle, a twoja matka zrobi sobie dywanik z mojej brody, lecz zanim to nastąpi złoję ci skórę. Siedzenie gołym tyłkiem na mrowisku to pieszczota w porównaniu ze mną.
- O byłbyś cudny jako dywanik- odgryzła się w dalszym ciągu posyłając mu słodki uśmiech i machając rzęsami. Chwilkę później wybuchła histerycznym chichotem. Brodacz spojrzał po sobie chowając za pas śmiercionośne bronie. Liście niczym wielkie kolorowe motyle oblepiały go nadal. Wyglądał teraz bardziej na leśne straszydło niż na krasnoluda, którym był w rzeczywistości.
- No już staruszku, nie patrz tak na mnie, bo jeszcze się wystraszę.
Z zatroskaną miną zabrała się za uwalnianie go od jesiennych motyli. Stal nieruchomo nadal cedząc po cichu jakieś przekleństwa w swoim szorstkim języku. Znała go za dobrze. Pokwęka, pomarudzi i jednak da się udobruchać.
- Teraz lepiej. Bardziej przypominasz mojego dowódcę ochrony niż leśne straszydło.
- Ciebie trza chronić przed sama sobą- nadal się zżymał.
- A już na pewno nie ułatwiasz mi pracy. Weź swoją broń, nie cierpimy na jej nadmiar. Nie myśl sobie, że znów mnie zagłaszczesz. To wojna, a nie piknik, a jakby coś się stało? Rzeczywiście jesteś taka głupia czy tylko udajesz?
Nie czekając na odpowiedz ruszył przed siebie. Tym razem chyba jednak naprawdę przesadziła. Wyrwała broń z ciała i podbiegła do krasnoluda.
- Wybacz Garni, ja wiem, to było naprawdę głupie i wstyd mi. Mówię szczerze.
Przystanął gwałtownie. Jego wzrok nadal był jadowity.
- Jutro zrobisz to samo. Zbyt długo cię znam Liv. Nie, tym razem matka się dowie. Dziesięć lat dbam o twoje bezpieczeństwo i co? Jak mi odpłacasz?
Tym razem wystraszyła się nie na żarty. Nigdy go takim nie widziała. Owszem nie raz mu dopiekła, ale wtedy to była dziecinada. Zamyśliła się. Wiele dobrego dla niej zrobił i nie tylko. Nie miał nikogo innego. Zżył się z nimi i traktował jak rodzinę choć byli odmiennymi rasami. Piekący ból w okolicy pośladka wyrwał ją z zamyślenia.
- A to za głupotę roztrzepańcu- odwrócił się i poszedł dalej.
Żadna kobieta nie lubi być bezkarnie podszczypywaną, szczególnie w te okolice. Innego pewno by wyzwala na pojedynek, Garni pod tym względem był wyjątkiem. To była najgorsza kara jaką zwykł jej wymierzać za nieposłuszeństwo. Poza tym szczypanie oznaczało, że jej wybaczył.
- No rusz tyłek pannico wredna.
- Nie mogę, bo mnie boli- odpowiedziała zaczepnie.
- Mogę sprawić, żeby bardziej bolał.
Nie trzeba było drugi raz powtarzać go i choć resztę drogi nie odezwał się ani słowem wyczula, że i tym razem matka niczego się nie dowie.

Na niewielkim dziedzińcu przed dworkiem panowało niespotykane poruszenie. Zważywszy częstotliwość z jaką pojawiali się tu przybysze przez ostatni rok, dwunastoosobowy oddział żołdaków i ich dowódca stanowili niezwykły widok. W czasie gdy dowodzący wymieniał uprzejmości z panią domu doczłapali tu Liv i Garni. Oboje przyglądali się nowym. Nieufny krasnolud jak zwykle badał każdego posyłając mu surowe zimne spojrzenie. Liv zupełnie odwrotnie. Wszystko co wiązało się z wojskiem ją zachwycało i pasjonowało.
- Me imię to Miriel łaskawa księżno- mówił dowódca dwornie się kłaniając- Ja i mój skromny, lecz waleczny oddział jesteśmy do twej dyspozycji.
Zgiął się w kolejnym ukłonie, a Liv bez skrępowania zmierzyła go wzrokiem. Był bardzo wysokim i przeraźliwie chudym osobnikiem. Dodatkowo blada skóra powodowała, iż wyglądał jak jakiś schorowany człowiek albo...albo elf!!! Rzeczywiście to był elf. Choć nosił zielony filcowy kapelusz, ozdobiony długim bażancim piórem, spod którego wystawały długie blond lokowane włosy, spiczaste uszy zdradzały go. Liv widywała już elfy. Wszystkie bez wyjątku lubowały się w wymyślnych strojach, czy zbrojach, nonszalanckie, dumne, wręcz zimne i mało przystępne. Ten po przodkach najwyraźniej odziedziczył nonszalancje, spiczaste uszy i chłodny lekko wyniosły wyraz twarzy. Poza tym wyglądał jak obszarpaniec, porównując do tych, które pamiętała. Nosił brązowy skórzany strój, wysokie buty, szeroki skórzany pas i długi sięgający kostek płaszcz mysiego koloru. Jego kapelusz wyszedł z mody jakieś sto lat temu, z tego powodu Liv musiała skarcić się w duchu za mimowolny histeryczny chichot. Na szczęście nikt nie zwrócił na to uwagi. Miriel właśnie skończył wymianę uprzejmości, a księżna skinęła na Garniego, by ten zaprowadził nowoprzybyłych do swych kwater, obiecała posiłek, a ten i następny dzień mieli być wolnymi, by nabrali sil i wypoczęli. Liv ujęła pod rękę księżną matkę prowadząc na podwieczorek. Podwórzec opustoszał. Po staremu zrobiło się tu cicho i leniwie. Wieczorna jesienna mgiełka powoli i
nieśmiało wypełzła z zakamarków. We dworze zapalono światła.

Podłoga skrzypiała pod ciężkim krokiem okutych buciorów. Liv szarpnęła się gwałtownie wywołując plusk wody i przywarła do ściany swej wielkiej balii, w której właśnie brała kąpiel. Ręka wymacała sztylet pozostawiony na krześle obok. Wstrzymała oddech.
- Garni!!!- stłumiła krzyk.
- Przyniesłem ci ręcznik- powiedział konspiracyjnym półszeptem krasnolud wynurzając się zza otaczających balie szarych lnianych zasłon.
Liv cofnęła rękę mocniej zanurzając się pod wodę, tak ze teraz widać było tylko nos, oczy i kawałek czupryny.
- Musimy pomówić, mam poważne powody uważać, że coś tu się może wydarzyć- kontynuował krasnolud.
- Garni!!! Ile razy ci mówiłam...
- No wiem, wiem- przerwał jej- pół godziny czyściłem buty zanim tu przyszłem możesz być spokojna nie nabrudzę- usprawiedliwił się kładąc ręcznik na poręczy krzesła. Liv uderzyła czołem o krawędź balii w geście niekłamanego załamania i rozpaczy.
- Wyłaź z tej wody zanim ci się coś stanie i wkładaj ubranie, zbyt częste mycie nie prowadzi do niczego dobrego.
- Garni- powiedziała niemal błagalnym tonem- nie możesz tu włazić kiedy się kąpię to... to... niedopuszczalne- dodała.
- Tłumaczysz mi to od kiedy wyrosło ci to z przodu- odparł- nie czas na żarty ubieraj się.
Liv błyskawicznie sięgnęła po ręcznik, który ułamek sekundy później wystrzelił w powietrze trafiając krasnoluda w twarz.
- Teraz cię na figle naszło- Garni odłożył ręcznik na miejsce.
Łapiąc ostatnią deskę ratunku, zmarszczyła czoło i poważnym tonem dodała:
- A nie mógłbyś się odwrócić kiedy będę zakładać ubranie. Ty jesteś czujny i na pewno usłyszysz jakby ktoś jeszcze chciał tu wejść.
- Ot, mądrze gadasz dziewucho- podrapał się w nos i odwrócił.
Przyjął swą charakterystyczną, lekko pochyloną postawę bojową, jakby obawiał się ataku. Liv z niedowierzaniem pokręciła głową. Zwykle na ubieranie się potrzebowała sporo czasu, przy Garnim zajęło jej to tylko kilka minut.
- Gotowa?- rzucił przez ramie.
- Yhy.
- To przyjdź do mnie za kilka minut, niby jak zwykle na kufelek piwa po kolacji- mówił nie odwracając się ściszonym głosem- co by nie wzbudzić podejrzeń- poczym szurnął butami w stronę wyjścia.
Liv przez chwilę miotała oczami błyskawice za odchodzącym. Jeśli chodziło o etykietę, delikatność i takt to krasnolud zatrzymał się na poziomie małpoluda.

Drzwi skrzypnęły cicho wpuszczając nieco wieczornego chłodu. Liv rozejrzała się po izdebce. Odszukała wzrokiem Garniego. Siedział przy nieco topornym stole, z dębowego drewna, polerując swój kirys. Podeszła do niego stawiając na stole kilkulitrowy dzban, pełen złocistego płynu. Staruszek podniósł wzrok, jednocześnie gestem zapraszając, by usiadła.
- A ty nie napijesz się ze mną?- spytaj patrząc na naczynie.
- Tylko odrobinkę- odparła szukając kubków.
Zapadło długie nieznośne milczenie, przerwane jedynie bulgotaniem nalewanego płynu i cichym skrzypnięciem krzesła, na które usiadła. Twarz krasnoluda wyrażała zagubienie i niepewność. Wyglądał jeszcze starzej niż zwykle. W ogóle chyba jeszcze go takiego nie widziała.
- Co sądzisz o tych nowoprzybyłych?- spytał ostrożnie zaczynając.
- No... trochę ich mało, ale zawsze to coś- odparła niepewnie.
Garni gwałtownie odłożył kirys i szmatkę. Jednym łykiem osuszył kufel. Sięgnął po dzban i ponownie napełnił.
- Tym bym się akurat cieszył- ściszył nieco glos- przyjrzałaś im się?
- No... troszkę- tu opuściła wzrok, a na policzkach pojawił się rumieniec, kiedy przypomniała sobie, że tak właściwie to gapiła się na elfa jak sroka w gnat.
Krasnolud najwyraźniej uznał to chwilowe zmieszanie za przeprosiny. Zwykła była tak robić kiedy okazywało się, ze jego nauki znów poszły w las.
- Na mój rozum to oni mają tyle wspólnego z wojskiem co ja z drzewami- tu splunął na podłogę- żeby to nie było jakieś dzbucze jajo podrzucone nam.
- Kukułcze- poprawiła go.
- Czy jakoś tak jak mówisz. Dość, że nic mi w nich nie pasuje. Służyłem w ich garnizonie. Poznałem po hafcie na płaszczach.
- To jeszcze nie dowód- upierała się.
- Owszem, czasem wprowadzamy zmiany, ale nie aż takie. Ruszają się jak kaleki, są ospali i jakoś dziwnie cuchną- znów splunął na podłogę.
Liv mimowolnie położyła dłonie na kolanach próbując je uspokoić. Wierzyła ślepo krasnoludowi. Jeśli on coś wyczuł, to musiało tak być. Upiła spory łyk z kufla. Garni opróżnił swój i nalał następny.
- Bądź czujna, w razie co, wiesz gdzie mnie szukać, nie daj się zwieść.
Co do czujności przyznała mu rację, resztę pozostawiła mu. Partyzancka postawa krasnoluda rozbawiła ją w duchu, choć nie należało bagatelizować jego słow. Był zbyt stary, przebiegły i doświadczony.
- Czasem mam wrażenie, że w każdym ciemnym kącie widzisz czające się zło- pokręciła głową.
- Może i jestem przewrażliwiony- niemal wykrzyczał- ale, już taki jestem- dodał znów spokojnym i poważnym tonem.
- W razie co skontaktuje się z tobą w stary sposób, żeby nie wzbudzać podejrzeń.
Mimo powagi z jaka to mówił o mało nie parsknęła śmiechem. Staruszek miał na myśli wrzucenie żaby przez okno do jej pokoju, z przypięta do nogi wiadomością. Nieraz tak robił kiedy była małą dziewczynką. Chwile później jej dobry nastrój prysł jak mydlana bańka. Może to i było dziecinne, wręcz naiwne, ale któż by na to wpadł. Ot niewinna zabawa. Kolejny raz w duszy obiecała sobie już nigdy nie śmiać się ze starego dziwaka.




Więcej...

poniedziałek, 26 maja 2008

Punkt widzenia bluźniercy

Wyjechaliśmy w środku nocy (około drugiej). Do dziesiątej mieliśmy przejechać 500 km – dotrzeć do miejsca, w którym żadne z nas jeszcze nie było. Robiliśmy to wszystko dla cioci Róży, dla której czas i tak już się nie liczył. Poranek był mglisty. Część drogi przespałam, a resztę bawiłam się w pilota. Udało nam się dotrzeć do Dzierżoniowa.

Dzień był pochmurny i padał deszcz. Tak jakby niebo łączyło się z nami w smutku, wylewając łzy nad trumną. Pogrzeb odbył się w małej, cmentarnej kaplicy. Kobiety płakały. Mama też, aż zrobiło jej się słabo i krew przestała jej krążyć w dłoniach. Ściskałam ją mocno za ręce, żeby choć trochę je ogrzać.

Było mi przykro z powodu cioci, ale nie potrafiłam rozpaczać. Zawsze w takich chwilach tłumaczę sobie, że to zmarli powinni płakać nad naszym losem. Cioci jest teraz na pewno lepiej. Nie czuje już bólu, którego miała w życiu aż nadto. Zadziwiające otrzeźwienie zawdzięczam też lodowatemu spojrzeniu starszej kobiety, stojącej niedaleko pod ścianą. Gdy zrobiło się ciasno chciałam jej ustąpić miejsca, jednak mama powstrzymała mnie znaczącym uściskiem, zmuszając tym samym do wyboru pomiędzy wymuszonym dobrym uczynkiem, a opieką nad nią.

Po wszystkim były kondolencje. Nie podeszłam. Nie potrafiłam znaleźć słów, które byłyby odpowiednie w takiej chwili.

Wracając stamtąd, wstąpiliśmy do sanktuarium w Częstochowie. Było po drodze, a ja jeszcze nigdy tam nie byłam i chyba już więcej nie będę...

Zajechaliśmy na wielki parking – płatny, ale „dobrowolną ofiarą”. Wieża kościoła, była jakieś 200 metrów od nas, a wokół sklepy z pamiątkami i budki z fast foodem. Tłum, choć nie można było tego nazwać godziną szczytu. Im bliżej celu – komnaty ze świętym obrazem – tym więcej puszek na ofiary za to i za tamto.

Obraz – jak obraz, święta relikwia. Skromna – piękna w skromności, choć przygnieciona miejscami ciężarem złota. A wokół... to przechodzi ludzkie pojęcie, a przynajmniej moje. Nigdy w życiu, nigdzie nie widziałam, aż tylu bogactw. Ściany poobwieszane złotem i srebrem (łańcuszki, monety itd.). Sznury ogromnych bursztynowych korali, piasku pustyni i drogocennych kamieni, których nawet nie nazwę.

To bogactwo uderzyło mnie i... odrzuciło. To tak jakby ci, klęczący pokornie ludzie chcieli przekupić Boga. Wzbudziło to tylko we mnie niesmak i odrazę. Pomyślałam o milionach głodujących, chorych i biednych ludzi na całym świecie. Z Boga, który kazał kochać bliźniego, pomagać sobie nawzajem, dawać jałmużnę, ludzie zrobili tu bożka miłującego się w bogactwie. Naprawdę, łatwiej mi było zbliżyć się do Pana w tej skromnej kaplicy cmentarnej, niż w tym sławnym sanktuarium, do którego rokrocznie tylu ludzi pielgrzymuje.

Rodzina patrzyła ze zdziwieniem na moje oburzenie. Nie rozumieli o co mi chodzi. Dla poprawy humoru, po wyjściu zaciągnęli mnie na lody na parkingu. To tylko przybiło ostatni gwóźdź do trumny... Czułam się jak po wyjściu z supermarketu. Ciekawe dlaczego, władze kościelne sprzeciwiają się handlowi w niedzielę, skoro same zmieniają świątynie w domy handlowe. Zapłać, a będziesz zbawiony...

Bluźnię? Być może. Piszę zgodnie z własnym sumieniem. Ten tekst przecież nic nie zmieni. Liczba bogactw w kaplicy będzie się nadal powiększać. Powracamy do błędów pierwszych chrześcijan, wystawiając na cokole złoty posąg cielca.

IX.2005


Więcej...

środa, 21 maja 2008

Taki sobie wierszyk

***
Słońce zachodzi,
ale walczy jeszcze
ostatnimi promieniami
z ciemnością nocy.

Księżyc – pachołek cienia
świeci sierpowatym okiem.
Towarzyszą mu dwie
wesoło mrugające gwiazdki.

Tak, on też jest bigamistą.

15.05.2002


Więcej...

Podróż młodości

Życie to jedna wielka pielgrzymka, na której dążymy do najwyższego boskiego sanktuarium – nieba. Nie jest to jednak prosty szlak. Co chwilę dochodzimy do jakiegoś rozdroża i podejmujemy decyzję w którą stronę się udać. Niestety nie zawsze idziemy w dobrym kierunku, ale za to Pan daje nam możliwość ciągłego powrotu na swoja ścieżkę. Czasami potrafimy chodzić przez pół roku i nawet na krok nie ruszyć się z miejsca... Innym razem przebywamy setki kilometrów w kilka godzin. Zdarza nam się iść w tłumie, to znowu samotnie...

Od jakiegoś czasu idziemy we dwoje. Tak jest całkiem przyjemnie, trzymamy się za ręce... Chociaż czasem zaślepieni złością patrzymy w przeciwnych kierunkach jak nieznajomi, w głębi duszy i tak chcemy iść razem.

Przechodziliśmy już przez zatłoczone miasta, gdzie wszyscy się spieszą lub bezdrożami, gdzie jesteśmy sami. 

Ostatnio jestem jakaś rozkojarzona i całkowicie zdaje się na Ciebie. Chcę, żebyś nas prowadził. Bardzo dobrze spisujesz się w roli przewodnika... Jednak czuję, że nie mogę przyjmować takiej postawy. Nie powinnam zwalać wszystkiego na Ciebie. Daj mi jeszcze chwilę, a się pozbieram.
Dzisiejsza podróż jest dość mecząca. Oczy nam się przymykają. Jest gorąco, a nie ma już czym ugasić pragnienia. W plecaku została ostatnia paczka chipsów. Odwlekam jak mogę jej otwarcie, żeby na dłużej wystarczyło.

Przynajmniej mamy dość dobre towarzystwo. Może poza tym facetem, co ciągle cmoka – wiem, że bardzo tego nie lubisz. Cóż, każdy przecież może iść. Nie otaczają nas zapracowani businessmani, lecz normalni ludzie. Ta dziewczyna to chyba studentka. Ciągle coś czyta. Prawo cywilne – ciekawe czy kiedyś też będę musiała. Teraz najzwyczajniej w świecie wyjęła z torby jabłko. Nie jakieś specjalne, ale zwykłe, ciut obite.

Już niedługo będzie przystanek. Odpoczniemy trochę w domowym zaciszu i najemy się. A potem? Ruszymy dalej.

Boje się. Strasznie się boję kolejnego etapu wędrówki. Nie czuję się do niego przygotowana. Nie wiem czy dam sobie radę. Mówisz: „Pomogę!” Pomożesz, ale wiele muszę zrobić sama... Tylko nie krzycz, że dramatyzuję. Może jestem hipochondryczką i po prostu wyczuwam u siebie symptomy choroby nieumiejętności i nieprzygotowania, która nieuchronnie prowadzi do tragicznego końca – nie zdania egzaminów.

Mówiłeś, że interesujesz się medycyną. Masz więc szansę się wykazać. Wylecz mnie z hipochondrii, a z ogromna chęcią pójdę z Tobą dalej! Będę się potykała, upadała i podnosiła, aż do samego końca drogi. Oby był to happy end.

1.08.2003


Więcej...

wtorek, 20 maja 2008

Rozprawa z młodością

Przestałam pisać. Być może z tego wyrosłam, tak jak wyrasta się z lalek, kreskówek i lizaków.

Wcześniej towarzyszyło mi na każdym kroku poczucie niepokoju i strachu, o to czy podejmę właściwą decyzję, czy uda mi się pokonać kolejną przeszkodę i czy dam sobie radę. Teraz jest inaczej.

Nadal czasem się martwię, ale już nie tak. Wiem, że świat nie skończy się jutro tylko dlatego, że podjęłam taką, a nie inną decyzję. Nie stąpam już po cienkiej linie zawieszonej na wysokościach, ale po udeptanej ścieżce, która jest miejscami bardzo kręta i obfita w rozstaje. Mam też częste skłonności do zbaczania z obranej trasy i brodzenia w trawie w poszukiwaniu niepospolitych kwiatów do bukietu doświadczeń i umiejętności. Tutaj również zauważam pewne zmiany.

Odmienność i szukanie nowej, własnej drogi sprawiło mi w życiu sporo przykrości i trudności. Dlatego wcześniej starałam się być „normalna” tzn. taka jak inni, zbytnio się nie wyróżniać. Nie było to jednak łatwe, bo moja barania dusza nie lubi pospolitości, szarości i konformizmu. Może właśnie dlatego pisałam wiersze, dramaty i opowiadania, żeby dać upust emocjom, fantazji, uzewnętrznić prawdziwe ja, do którego mieli dostęp tylko wybrani. Teraz nie boję się już być sobą, bronić swoich racji i poglądów, choć nie zawsze są one wygodne dla innych. Nadal w imię ideałów rzucam się czasem z motyką na słońce – szczególnie gdy ktoś chce skrzywdzić bliskie mi osoby. Wtedy potrafię walczyć jak lwica. No, może już nie tak gołymi pięściami jak w szóstej klasie podstawówki, gdy pobiłam się z Emilem, za nacieranie dziewczyn śniegiem…

Dość już tych wtrąceń autobiograficznych, to nie wspomnienia, a próba odpowiedzi na pytanie dlaczego przestałam pisać. Spróbuję odpowiedzieć ad hoc, z marszu, co mi przyjdzie do głowy. Hmm… brak czasu? Praca? Dopadło mnie dorosłe życie i nie mam już raczej szans się uwolnić. Mogę tylko czasem wyjść na kilkudniową przepustkę. A poza tym jest jeszcze on.

Te pięćdziesiąt kilka kilogramów wystarczyło, by wypełnić wyjącą w moim wnętrzu pustkę. Nie muszę już wzdychać i płakać samotnie w blasku księżyca, ani też wyżalać się poetycko jak ciężko być samej. Obdarzył mnie spokojem, ukojeniem i tą ślepą pewnością, że co by się nie działo to i tak będzie dobrze.

Chyba dlatego już nie piszę. Chociaż może zdarzy mi się czasem precedens jak dziś, gdy on ma przymknięte oczy, zza okna dobiega miarowe stuk puk… stuk puk…, a ja popełniam kolejny tekst.

      30.04.2008


Więcej...

poniedziałek, 19 maja 2008

„Witam cię kartek szelestem…” – 53. Międzynarodowe Targi Książki


W słoneczny, majowy weekend wybrałam się po raz kolejny na Międzynarodowe Targi Książki w Warszawie. Jest to wizyta niemalże obowiązkowa dla każdego miłośnika literatury, bibliotekarza tudzież studenta informacji naukowej. Gospodarzami imprezy zapraszającymi do Pałacu Kultury i Nauki są wydawcy polscy i zagraniczni, chociaż nie sposób pominąć tu również hordy hostess.

Na początek miłe zaskoczenie – kolejka ciągnąca się przez cały plac. Trzeba było odstać swoje, ale miło widzieć tak duże zainteresowanie. Jednak zaraz po wejściu pożałowałam, że wybrałam akurat sobotę na wizytę na targach. Po alejkach trudno było się poruszać z powodu tłumu. Wypisałam sobie kilka nazwisk ludzi, z którymi były zorganizowane spotkania w tym czasie, ale o realizacji planów nie było mowy. Profesora Władysława Bartoszewskiego widziałam tylko przelotnie gdy rozdawał autografy, a kolejka do niego ciągnęła się przez cały korytarz. Tak samo było w innych miejscach.

W tym roku moją uwagę przykuły szczególnie książki dla dzieci. Wydaje mi się, że było szczególnie dużo wydawnictw z tego zakresu. Największą frajdę sprawiło mi łódzkie Wydawnictwo Literatura, które miało m.in. dużą kolekcję pięknie wydanych bajek i wierszy pani Wandy Chotomskiej – jeśli to jest reklama to niezamierzona i nieopłacona:) Na dodatek trafiłam również na spotkanie z autorką! Pochłonęła mnie fala wspomnień z dzieciństwa – wspólne czytanie z tatą, a potem nawet deklamowanie z pamięci „Karety z piernika”. Do tej pory pamiętam:

„Żył w Toruniu cukiernik, mistrz nad mistrze w zawodzie…”
„Cztery konie w karecie, cztery końskie kopyta,
szykuj ciasto na piernik, o nic więcej nie pytaj…”


Mój tata za to lubi mi czasem powtarzać:

„-Ależ tato! – Żadne ale! Nie dla ciebie ten kawaler!
Tyś bogata, a on biedak, biedakowi córki nie dam!


Mojej ukochanej bajki o karecie nie było, ale dowiedziałam się, że jest już w przygotowaniu. Kupiłam za to książkę z bajkami, które zamierzam czytać mojemu bratankowi. Oczywiście ze specjalną dedykacją od Pani Wandy dla Grzesia :)




Więcej...

"Poloneza czas zacząć ..."

Kuszenie

Kuszę Cię listem pisanym
na liściu soczyście zielonym.
Mówisz, że jest niewyraźny,
bo zieleń przyćmiewa atrament.

Kuszę Cię listem pisanym
na liściu żółto-czerwonym.
Mówisz, że nie przeczytałeś,
bo go w kieszeni rozgniotłeś.

Kuszę Cię listem pisanym
na liściu ciemnobrązowym.
Mówisz, że jest strasznie zimny,
bo w płatki śniegu bielony.

Skusić Cię listem nie mogę,
bo liście jeszcze za małe.
Dam Ci kwiecistą gałązkę.
Czy już się zdecydowałeś?

          01.10.2003




Więcej...